Nie jestem na diecie (?!), czyli jedzenie.


Zołza się odchudza. / niedziela, 7 lutego, 2021

Na początku tego wpisu chciałabym przypomnieć to o czym pisałam poprzednio, czyli: jestem laikiem, wiem tyle ile nauczę się od innych oraz na sobie, a wpisy w tej kategorii nie są poradnikiem, a jedynie moją historią. Wyjaśnione, więc do rzeczy.

Poprzednim razem opowiedziałam jak to się zaczęło, co się zmieniło i jak do tego wszystkiego doszło więc nie będę się już powtarzała, ale do jednego wątku wrócić muszę, bo rozwinięcie tego tematu wydaje mi się konieczne- jedzenie, bo o tym będziemy dziś rozmawiać, temat niby jasny, prosty nawet a jednak sprawiał mi zawsze najwięcej kłopotów.

Lubię jeść, albo nie, kocham jeść i to stwierdzenie jest zdecydowanie najbliższe prawdy. Lubię dobre jedzenie i nie byłoby to w zasadzie nic złego, bo kto tak na serio lubi zjeść źle? Coś pysznego zawsze było lekiem na wszystko, wiecie (a może i nie wiecie) jak jest: zły dzień, to na bank trzeba się czymś pocieszyć, zjeść coś smacznego i na duszy jakby lepiej, z czego JAKBY jest słowem klucz, bo satysfakcja może i jakaś tam była, ale chwilowa i zdecydowanie złudna, bo wyrzut sumienia, kac jakby moralny po takim akcie był murowany. Analogicznie, kiedy dzień okazał się dobry, a po drodze wpadł jakiś sukces to trzeba było się jakoś nagrodzić prawda? Bez nagrody się nie da, więc i za wspomnianą nagrodę wpadało coś dobrego, bo jakżeby inaczej? Przez całe swoje życie nie zdawałam sobie sprawy, że to już spokojnie można podciągnąć pod zaburzenie i chociaż wiedziałam, że takie podejście dobre nie jest to ciągnęłam to złudzenie. Dziś jest inaczej, nie żyję po to żeby jeść, ja jem po to żeby żyć-takie proste a jednocześnie takie trudne. Właściwa relacja z jedzeniem, podobno fachowo właśnie tak się to nazywa.

Relacja z jedzeniem to jedno, ale świadomość jedzenia i tego co kładę na talerz to zupełnie inna sprawa, a ja tym razem i do tego się przyłożyłam, czytałam i słuchałam co mądrzejsi ode mnie mają do powiedzenia i stopniowo wprowadzałam w życie obserwując przy okazji swój organizm, bo umówmy się, co dobre dla jednej osoby wcale nie musi być dobre, dla drugiej. Trzymam się z dala od „mody” na jedzenie lub niejedzenie czegoś, ja wybieram to, co służy mi i mojemu brzuszkowi, ot cała recepta. Od lat cierpię na zespół jelita drażliwego, więc moje jedzenie od dawna było uboższe o pewne produkty, ale zdarzało się, że chrupiąca bułeczka wygrywała z późniejszym bólem brzucha i wszystkimi jego następstwami. Przyszedł moment kiedy poczułam się totalnie wyczerpana swoim samopoczuciem i nieustającymi pytaniami o moją nieistniejącą ciąże, a kiedy zmiany na tym polu zaczęły przynosić realne efekty to poczułam, że to jest to, to jest moja droga, a zmiany w mojej sylwetce tylko to potwierdziły.

Sumując ten długi wywód powiem tylko jedno, że warto zacząć od głowy, zmienić nastawienie i zrozumieć czego tak naprawdę chcemy, bo jeżeli zmiana nie będzie podyktowana naszymi potrzebami to jest spora szansa, że skończy się fiaskiem- wiem, przerobiłam. Nie jestem na diecie, bo szczerze nienawidzę tego słowa, które działa na mnie jak płachta na byka. Kojarzy mi się z głodem i zakazem, a tego stanowczo nie lubię, dlatego nie, nie jestem na diecie, ale zmieniłam styl życia, model żywienia, czy jak jeszcze można by to określić. Jem świadomie, nie chodzę głodna a myśli o chipsach czy innych przekąskach nie dominują mojego życia. Przy okazji okazało się, że można żyć bez słodkiej kawy czy herbaty, co w przypadku herbaty było dla mnie zupełnie nie do pomyślenia, a jednak, można. Dziś po wielu miesiącach poczułam się na tyle silna, że mogę śmiało stwierdzić, że opanowałam moje nawyki i mam je pod kontrolą, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe. Trzymam się dzielnie i wiem, że to właściwe podejście, które zastosowałam tym razem pozwoliły mi wytrwać. Nie skupianie się na wadze i tym podobnych rzeczach było zbawienne, ale o tym już następnym razem. Do zobaczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *