Ciałopozytywność po mojemu.


Zołza się odchudza. / niedziela, 17 stycznia, 2021

Body positive, ciałopopozytywność, czyli temat, którym jeszcze chwilę ociekało wszystko i dobrze, to było potrzebne, bo przymus bycia idealną niejednej co wrażliwszej duszy mógł ostro uprzykrzyć życie, ja się przed tym jakoś uchroniłam, bo do specjalnie wrażliwych nie należałam nigdy, ale do brzegu. Zryw ciałopozytywności także i mi dał sporo do myślenia, bo akceptacja akceptacją, ale nie oznacza, że muszę akceptować absolutnie wszystko prawda?

Jedenaście miesięcy temu coś się we mnie zmieniło, chciałabym powiedzieć, że ot tak- na pstryknięcie palcami, że zasnęłam jeszcze głupia a następnego ranka obudziłam się mądrzejsza i być może trochę w tym prawdy jest, ale nie do końca. Prawda jest super prosta-lockdown w połączeniu z dłuższym zwolnieniem lekarskim zaowocował uciskającymi jeansami, które i tak już były w większym rozmiarze niż bym chciała. Nie obudziłam się mądrzejsza, ale wciskanie tyłka w spodnie spowodowało, że zaczęłam się nad sobą zastanawiać i zaskoczyło. Na myślenie miałam dużo za dużo czasu i wymyśliłam, że ok, walczyłam długo o samoakceptację, ale czy nie zabrnęłam w niej nieco za daleko? Zabrnęłam.

Akceptacja siebie jest bardzo ważna w każdym aspekcie i akceptacja własnego ciała nie jest tutaj żadnym wyjątkiem, ale dopiero wtedy zrozumiałam, że nie muszę przecież akceptować wszystkiego, że nic na siłę. Przetasowałam sobie wszystko w głowie i zrozumiałam, że są rzeczy, z którymi chcąc nie chcąc trzeba było nauczyć się żyć jak na przykład pamiątki po ciąży w postaci raczej mało estetycznych rozstępów na brzuchu, o które można zadbać ale bez ingerencji skalpela pozbyć się ich nie da. Zaakceptowałam. Z drugiej jednak strony postawiłam rzeczy, które mi przeszkadzają, a które z większym lub mniejszym trudem można zmienić i postanowiłam to zrobić. Właśnie w tym momencie zmieniło się moje podejście do bycia body positive- chciałam czuć się dobrze w swoim ciele, czuć się lżej i przede wszystkim zdrowiej, dlatego musiałam (nienawidzę tego słowa, ale w tym wypadku „musiałam” jest bardzo zasadne) dużo zmienić.

Proszę, nie zrozumcie mnie tutaj źle, są kobiety, którym nie przeszkadza to czy tamto i dla mnie to jest bardzo ok. W swoim czasie internety zalała fala fotek kobiet z cellulitem, rozstępami czy innymi „mankamentami” i powiem szczerze, że patrzyłam na to z ogromnym szacunkiem, ale nie spowodowało to, że ja chciałam się z cellulitem pogodzić i dopiero wtedy do mnie dotarło, że nie muszę, że wystarczy się zdobyć na zmiany. Nie czułam się dobrze zakładając szorty i chociaż prawdopodobnie moje mocno odbiegające od ideału uda mało kogo obchodziły, to wciąż i nieprzerwanie obchodziły mnie, nie chciałam się z nimi dogadać, nie chciałam udawać, że mnie to nie rusza, bo ruszało i nie oszukujmy się-lato w jeansach nie napawa optymizmem.

Ciałopozytywność to dla mnie stan, kiedy czuję się dobrze, bez „na siłę”, bez presji, czy aktualnej mody na. Długo sobie wmawiałam, że jest mi dobrze jak jest, że zaakceptowanie aktualnego stanu rzeczy przyniesie mi ulgę, ale myliłam się i dopiero przyciasne, obcierające spodnie pozwoliły mi do tego dojść i chociaż mogłam sobie ulżyć w bólu i kupić rozmiar większe to powiedziałam nie, bo umówmy się-kupowanie spodni może być przyjemnością, ale kupowanie większych niż dotychczas na miano przyjemności nie zasługuje. Dobrze poczułam się w momencie kiedy w końcu zrobiłam coś dla siebie, kiedy postawiłam ten pierwszy pewny krok, na drodze do zmian i nadeszła ulga. Cholera, nie jestem kobietą próżną i zafiksowaną na wyglądzie zewnętrznym, ale mimo to jestem kobietą i wciskanie czterech liter w mniejsze spodnie jednak trochę cieszy.

Tym wpisem wyszłam ze strefy komfortu, ale czułam, że jest mi to potrzebne. Nie odważyłam się wspominać o tym wcześniej, bo wiele już razy na polu odchudzania poległam, ale tym razem zmieniło się wszystko, począwszy od mojej głowy, dlatego poczułam, że to jest ten moment. Miałam potrzebę oderwać się od lockdownowo-koronowo-upierdliwej rzeczywistości, pogadać o czymś innym, czymś co dla odmiany jest miłe, pozytywne i muszę przyznać, że cieszy. Uzewnętrzniłam się troszkę i odczułam małą ulgę, teraz idę spać, bo o 4.00 zadzwoni budzik…. Echhh a miało być pozytywnie…

PS. Chyba jednak znajdzie się i pozytywne zakończenie tych moich wynurzeń, bo… Moja ulubiona piżamka zrobiła się nieco przyduża, no ale cóż, coś za coś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *