Angielskie szaleństwo.


Moje Eldorado, czyli życie na emigracji / sobota, 28 marca, 2020

Długo zastanawiałam się czy powinnam o tym pisać, bo czy włączysz telewizor, radio czy internet to wszędzie tam króluje jeden temat, jaki? Sami najlepiej wiecie i chociaż długo zastanawiałam się czy o tym wspomnieć to chyba jednak muszę, bo bardzo trudno od tego uciec, ale nie będzie tutaj snucia teorii, nie będę pisała o tym czy w to wierzę czy nie, czy uważam to za spisek czy nie, nie będę także szukała winnych, bo to nie ma sensu. Opowiem Wam o tym jak ten dziwny czas wpływa na moje życie i mam pewne spostrzeżenia dotyczące kraju w którym żyję.

    Jestem osobą, która twardo stąpa po ziemi, nie lubię martwić się sprawami, na które nie mam wpływu, ale sytuacja zmienia się w momencie, kiedy te sprawy zaczynają mieć realny wpływ na moje życie. Dziś właśnie tak się dzieje, bo nie lubię nie wiedzieć co się wokół mnie dzieje, a brak pewności tego co będzie jutro, za tydzień czy miesiąc budzi, gdzieś tam w środku, głęboki niepokój, ale i nad tym staram się zapanować. Nie odczuwam jeszcze tak dotkliwie skutków izolacji, bo fakt, że chodzę do pracy daje mimo wszystko wrażenie normalności, chociaż jest to tylko ulotne wrażenie. Jest inaczej, jest dziwnie i niepokojąco, bo dzieje się coś czego do tej pory nie znałam.

    Kiedyś pisałam o angielskich absurdach, które chociaż dziś już mniej mnie dziwią to w dalszym ciągu mnie bawią. W obecnej sytuacji rozbawienie zastąpiła irytacja i coś czuję, że szybko nie minie. Anglicy to w sporej mierze cholerni hipokryci, bo z jednej strony nic do bani, z drugiej szał zakupowy jakby świat za chwilę miał się skończyć, a Oni cudownie ocaleć. No cóż, może tego im zwyczajnie było trzeba, ale dlaczego kiedy ja kulturalnie kupiłam opakowanie papieru toaletowego to automatycznie czułam się jak złodziej? Wychodząc ze sklepu zauważyłam pogardliwe spojrzenia w stylu „ o uległa panice i szaleje”, oraz wręcz pożądliwe spojrzenia w kierunku moich zakupów do tego stopnia, że już sama nie wiedziałam czy iść spokojnie czy wiać ile siły w nogach zanim mój towar znajdzie nowego właściciela. Szalone zakupy to jedno, zbliża się kryzys to trzeba się zabezpieczyć, ale stosowanie się do rządowych nakazów to już inna sprawa, bo niby po co? Wyjście do pubu rzecz święta i pod żadnym pozorem nie wolno z niej rezygnować. Kiedy zapadły decyzje o zamknięciu wszystkich tego typu przybytków nastąpiła tragedia, a na „fejsbuku” polały się gorzkie żale. Są tacy, którzy uważają, że to dobrze, ale są i tacy, którzy wciąż pytają „jak żyć?” Co kraj to obyczaj.

    Mogłabym napisać jeszcze wiele, ale po co? Nastroje są i tak wystarczająco ciężkie. Czas spędzony w domu, dużo więcej czasu to coś o czym od czasu do czasu marzy każdy z nas, ale zupełnie inaczej siedzi się w domu kiedy się tego po prostu chce, a inaczej kiedy się musi. Napisałam więc co chciałam, nie oglądam wiadomości z taką częstotliwością jak jeszcze kilka dni temu i zajmuję głowę tym co sprawia mi przyjemność. Moje „zostań w domu” dopiero się rozpoczyna. Mam nadzieję, że poświęcę więcej czasu temu blogowi i mam nadzieję, że uda mi się nie oszaleć, czego Wam również życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *