Londyńska przygoda część trzecia, ostatnia.

          „Uwielbiam poczucie bycia anonimowym w mieście,

              w którym nigdy wcześniej nie byłem.”

                                                                                                                           Bill Bryson

Kiedy pozna się podstawy, wszystko nagle okazuje się dużo prostsze niż się na początku wydawało, a ostatni dzień naszej wyprawy okazał się tym najspokojniejszym a zarazem w moim mniemaniu najpiękniejszym. Zapoznanie się z mapką (czuję się jak na lekcji geografii w podstawówce) znacząco ułatwiło planowanie i ostatecznie zakończyło przygodę z kręceniem się w koło. Na pierwszy ogień poszło Wembley, którego z racji fanki piłki kopanej pominąć nie mogłyśmy.

Po opuszczeniu stacji metra w oddali zamajaczył nam stadion dumnie otoczony… hmm, no właśnie, z każdej strony otoczony gigantycznymi wieżowcami…. Cóż, chyba właśnie na tym polega „magia” wielkiego miasta-ani centymetr gruntu nie może się zmarnować. Obejrzałyśmy wszystko co tylko dało się obejrzeć, przypadkowo (naprawdę przypadkowo) trafiając na ciuchowe outlety. Cóż, kobieca natura dała o sobie znać i wkrótce bez ciuchów i butów, za to uzbrojone w przyzwoite (bądź nie) ilości żelków Harribo, opuściłyśmy Wembley.

To co zaplanowałyśmy w następnej kolejności w mojej pamięci zapisze się na długo. Camden Town, dzielnica szalona i kolorowa, tak bardzo odbiegająca od reszty miasta.

Dziesiątki sklepów, studia piercingu i tatuażu, oraz dzikie tłumy podążające w każdym możliwym kierunku… Totalne szaleństwo. To miejsce jest magiczne, ma swój wyjątkowy i niepowtarzalny klimat, którym tak łatwo przesiąknąć (ledwo opanowałyśmy się przed przekłuwaniem i tatuowaniem). Szukasz niebanalnych i szalonych ciuchów? Przy okazji zajrzyj tu, nie zawiedziesz się.

Camden Town ma swój niepowtarzalny klimat, który warto poczuć na własnej skórze ale i tutaj nie mogłyśmy zostać wiecznie, bo na ten wieczór plan miałyśmy inny- Tower Bridge, czyli coś co mi osobiście zaparło dech…

Miejsce wyjątkowe a wieczorem wręcz magiczne… W niektórych z nas wyzwoliło dawno skrywane pragnienia jak na przykład romantyczny spacer. Nie to nie byłam ja, ale ta, którą posądzilibyście o to dopiero na samym końcu, cóż podróże kształcą…

Zupełnie nieświadomie, całkiem przypadkiem to wyjątkowe miejsce zostawiłyśmy sobie na deser. Co tam Big Ben… To zdecydowanie było to co w mojej pamięci pozostanie na zawsze. Piękna noc, cudownie oświetlone miasto i towarzystwo o jakim można tylko marzyć, ach….. rozmarzyłam się….

„Romantyczne” spacery, piękne widoki, urlopowa atmosfera, stacja metra i w końcu hotel, ostatni wieczór przeplatany śmiechem i łzami, kolejne plany i przyrzeczenia, że to nie będzie ostatni raz… Babski wieczór… Sami rozumiecie.

Te trzy dni nauczyły nas wiele. Zrozumiałyśmy, że dla nas nie ma rzeczy niemożliwych, że jak się chce to zawsze da się radę. Wyjazdy w babskim gronie są tym czego potrzeba każdej z nas, bez znaczenia czy się do tego przyznaje czy nie. W końcu z pełną świadomością mogę stwierdzić, że zrozumiałam powiedzenie „podążaj za znakami”-bez nich, no cóż, zginęłybyśmy marnie :). Godziny śmiechu, dziesiątki kilometrów i ten totalny luz-bezcenne.

Dziękuję dziewczyny, bo bez Was to nie mogło się udać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *