Londyńska przygoda część druga.

Po pierwszym szalonym,pełnym emocji dniu wcale nie miałyśmy dość, a ciekawość nie pozwalała nam spać, dlatego od wczesnych godzin porannych gotowe byłyśmy na więcej. Tym razem miałyśmy gotowy plan, który jak się okazało, legł w gruzach tak samo szybko jak się pojawił. Przypomniałyśmy sobie, że to jednak Londyn, miasto w którym nic nie jest oczywiste.

Metro, jedno, drugie i niezliczone ilości korytarzy zaprowadziły nas na Westminster, bo być w stolicy i nie zobaczyć Big Bena i London Eye to niemal grzech. Byłyśmy więc, bo nie wypada inaczej. Lunch u u Theresy na Downing Street nie wypalił, bo zajęta była, Big Ben stał dumnie, cały wystrojony w rusztowania, A London Eye w dzień wcale nie był taki zachwycający, cóż nam zostało? Wrócić tutaj wieczorem.

Muzeum nauki to było to, bo chociaż Londyn ma w swojej ofercie o wiele więcej to z powodu ograniczonego czasu padło akurat na to i powiem Wam, że rzeczywiście warto. To miejsce sprawia ogromną frajdę zarówno dorosłym jak i dzieciakom. Ale po odrobinie kultury i wiedzy stęskniłyśmy się za tunelami i zatłoczonym metrem i padło na: Nothing Hill.

Marzyło nam się podążanie śladami Hugh Granta i Julii Roberts, ale krajobraz Nothing Hill bardzo różnił się od tego z filmu, ale nie ma tego złego…. Ta dzielnica zaskoczyła nas ogromem małych sklepików z pamiątkami oraz innymi unikatowymi rzeczami. Małe knajpki i restauracje także miały swój niepowtarzalny klimat, a że nie było Hugh i Julii? No cóż, nasze towarzystwo zupełnie nam wystarczało i już wtedy wiedziałam, że gdybym była tam sama to Londyn mógłby okazać się dużo mniej fascynujący.

Patrząc wstecz zauważam, że po ogarnięciu skomplikowanej mapki metra, tak bardzo rozpierała nas duma, że nawet fakt kręcenia się w kółko wcale nam nie przeszkadzał. Kolejne miejsca były losowe, ale być tam i nie wpaść na peron Harrego Pottera? Nie może być…. Stacja King’s Cross St. Pancras, ale gdzie jest Peron 9 3/4? Tutaj okazało się że nie może być tak łatwo, co pozwoliło nam, jak zwykle przy okazji, zwiedzić dworzec St. Pancras gdzie nagle naszym oczom ukazało się to:

Jest? Jest. Kolejny punkt zaliczony, a że dzień już się kończył, więc przyszedł czas na powrót na Westminster i powiem Wam, że po zachodzie słońca, London Eye i Big Ben, w dalszym ciągu cały w rusztowaniach, miały już nieco więcej uroku.

Będąc w tym mieście nie można tego pominąć, bo to są punty obowiązkowe, ale przyznam się szczerze, że są tam także ładniejsze miejsca. Oko zrobiło na nas wrażenie, ale żeby na nie wejść trzeba mieć w sobie ogromne pokłady cierpliwości i sporo nieograniczonego czasu, nam go zabrakło, ale nic straconego, bo będzie powód żeby tam wrócić, ale liczę na to że Big Ben zdąży się wyrobić….

Dzień skończył się na odebraniu zagubionego bagażu Kingi, który szczerze mówiąc spisałyśmy na straty, więc nie mogło być lepiej. Dziesiątki kilometrów piechotą, kilometry tuneli i niezliczone przesiadki to był bilans tego dnia. Był ból w kończynach dolnych, zakwasy ze śmiechu i cała masa emocji, ale kolejny dzień wciąż był przed nami i to właśnie ten dzień dla mnie okazał się najpiękniejszy, ale o ty już następnym razem.

2 thoughts on “Londyńska przygoda część druga.

  1. Super napisane… chociaz czytajac i ogladajac zdjecia nie da sie wrocic do tego co sie tam dzialo 🙂 Ja moge tylko powiedziec, ze kazdy w swoim zyciu potrzebuje takiej ekipy z ktora chociaz raz do roku przez kilka dni moze zapomniec o sprawach dnia codziennego ale bedzie wspominac je przez kolejny rok 🙂

    1. Dokładnie i ja takiej ekipy życzę każdemu, ale uprzedzam, że wcale nie jest o nią tak łatwo :). Wpisem i zdjęciami wrócić się nie da ale miło jest wspominać… Jednego jestem pewna-trzeba tak wrócić 🙂 Buziaki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *