Wylewność? Nie znam tego.

Ile razy w swoim życiu słyszałam, że nie jestem wylewna? Wiele razy, bardzo wiele razy, ale czy od zawsze zdawałam sobie sprawę z trafności tego stwierdzenia? Nie, absolutnie i zdecydowanie nie, bo do tego, jak do wielu innych rzeczy zresztą, musiałam zwyczajnie dojrzeć. Ale czym właściwie jest ta wspomniana wylewność?

W moim rozumieniu człowiek wylewny jest otwarty i szczery, skłonny do zwierzeń, może nawet  zbyt skłonny, ale także posiadający łatwość rozmawiania o uczuciach, oraz łatwość ich wyrażania i tutaj właśnie chciałabym się  na chwilę zatrzymać, bo dla mnie akurat ta cecha jest tą najtrudniejszą, czyli coś co zwykle jest mi zarzucane…

Uczucia, temat niby taki prosty, a jednak… dla mnie niekoniecznie. Uczucia nie są mi obce i potrafię o nich mówić, ale to nie oznacza, że tak jest zawsze i wszędzie, bo kiedy sprawa dotyczy mnie osobiście, pojawiają się komplikacje. Lubię okazywać radość i nie ukrywam faktu, że jestem szczęśliwa, z równą pasją potrafię okazywać złość i niezadowolenie, czasem nawet zanadto ekspresyjnie (przecież nikt nie jest doskonały prawda?), ale problem pojawia się w okazywaniu uczuć głębszych, tutaj już nie jestem taka otwarta.

Po tym jak usłyszałam wiele komentarzy na temat braku wylewności pod adresem mojej osoby, przyszła pora, aby nieco głębiej się nad tym zastanowić, bo coś w tym wszystkim musiało być. I było, jest, ale dopiero niedawno zdałam sobie z tego sprawę. Tak, przyznaję się, że mówienie o własnych uczuciach nie jest dla mnie taką łatwą sprawą. Jestem otwarta w stosunku do ludzi, swoich znajomych i przyjaciół, ale uczuciowa wylewność nie jest dla mnie oczywista. Jedyny wyjątek od reguły stanowi moja córka i na tym lista wyjątków się kończy.

Rozmawiam o emocjach tylko wtedy kiedy sama mam taką potrzebę, wyrażam je tylko wtedy kiedy chcę, nie ma nic na siłę. Znajomemu powiem, że jest moim przyjacielem dopiero wtedy kiedy faktycznie to poczuję, nie wyznam miłości mężczyźnie, tylko po to żeby „było miło”, żeby nie psuć romantycznej atmosfery, bo ja nie lubię rzucać słów na wiatr, nie lubię ich nadużywać, bo tracą swą moc, tracą swój właściwy sens. O uczuciach powiem dopiero wtedy kiedy jestem na to gotowa, ale nie przychodzi mi to łatwo.

Wiem jak wielu moim bliskim to przeszkadza, jak bardzo ich czasem irytuje, ale to bywa silniejsze ode mnie. Dlaczego tak jest? Nie wiem, ale mam wrażenie, że właśnie tak ukształtowało mnie życie i jeżeli cofnę się pamięcią nieco wstecz już wiem, że taka byłam zawsze, a czym to było spowodowane? Nie mnie to oceniać, bo nie jestem psychologiem, ale fakt, że czasem mam ochotę się tego dowiedzieć.

Czy jest mi z tym źle? Nie, nie jest mi z tym źle i jeżeli miałabym wybierać to wolę siebie taką jaką jestem, niż gdyby miało być zupełnie odwrotnie. Znam osoby, które z łatwością nazywają swoje uczucia i emocje i z równą łatwością je wyrażają i z obserwacji wiem, że niekoniecznie ułatwia im to życie, a czasem zdecydowanie je komplikuje. Dlatego nie, nie jest mi z tym źle, ale gdyby jednak okazało się, że za jakiś czas zacznie mi to przeszkadzać to zdecydowanie będę nad tym pracować, bo uważam, że praca nad samym sobą jest najważniejsza.

A Wy? Należycie do osób wylewnych bardziej czy mniej?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *