Anglia- kraj absurdów? Rzeczywistość moim okiem.

Wczoraj miałam okazję  obejrzeć vloga, gdzie autor w bardzo zabawny sposób przedstawiał pewne elementy tutejszej rzeczywistości, zainspirował mnie do opisania tej rzeczywistości, widzianej moim okiem. Zaczynajmy.

Jak już wcześniej wspominałam moje początki tutaj przebiegały pod znakiem permanentnego zdziwienia. Co mnie tak dziwiło? Dosłownie wszystko! Ludzie na ulicy, zupełnie mi obcy, uśmiechali się do mnie, witali sympatycznym „Good morning”. W sklepie zaś „Hi Love, thank you love”. Wszyscy i wszędzie byli mili, sympatyczni i uśmiechnięci. Kiedy próbowałam coś załatwić, a bariera językowa chwilami bardzo utrudniała mi te próby, zawsze spotykałam się z życzliwością rozmówcy. Nikt się nie denerwował, zero irytacji tylko cierpliwość i pomoc. Szok.

Anglia to także masa absurdów, które dla nas Polaków często graniczą z wariactwem. Mam wrażenie, że wiele rzeczy odbywa się tu zupełnie odwrotnie i chociaż początkowo trudno było mi to pojąć, to dziś już się do tego przyzwyczaiłam, bo cóż, właściwie nie miałam wyjścia.

Na każdym kroku słyszę pytanie „Hi, are You ok?” i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że nikt nie oczekuje na nie odpowiedzi. Zwyczajnie traktowane jest to jak przywitanie, ale po co, skoro nikt tak naprawdę nie jest ciekawy czy u Ciebie faktycznie jest ok, czy może nie. Raz, zirytowana już tymi ciągłymi pytaniami, odpowiedziałam, że nie, nie jest ok. Wiecie co to spowodowało? Totalny szok malujący się na twarzy pytającego :).

Sklepy z rzędami zamrażarek też wywołały u mnie szok. Ja rozumiem, że mrożonki też są potrzebne, no ale tyle? Zrozumiałam, widząc koszyki innych kupujących, z których wysypywały się dziesiątki opakowań z gotowymi daniami. Po co gotować? Wystarczy otworzyć, wrzucić do piekarnika i gotowe prawda? Byłam zdziwiona, ale muszę przyznać, że dziś zdarza mi się w kryzysowych momentach , korzystać z podobnych rozwiązań.

Wizyta u lekarza? Jasne, czemu nie? Pytanie tylko po co, jeżeli okazuje się, że paracetamol, który kupić można dosłownie wszędzie, jest lekiem na całe zło. Wysoka gorączka? Paskudny, duszący kaszel? Spuchnięte do granic możliwości gardło? To właściwie nic takiego, wirus, przejdzie sam- za dwa tygodnie. Trzeba tylko zażywać paracetamol, na pewno pomoże….

Zima, paskudny, lodowaty wiatr, a ludzie spacerują w japonkach, w puchowej kurtce i czapce na głowie. Latem zaś, kiedy na  dworze panuje wysoka temperatura, w uch idą futrzane buty. Gdzie logika? Gdzie sens? Dodatkowo już na początku września kiedy zrobi się odrobinę chłodniej, na ulicy pojawiają się ponownie puchowe kurtki i futrzane czapy, ale w marcu kiedy za oknem wciąż wieje chłodem, ale słoneczko nieśmiało wygląda zza chmur, w ruch idą szorty i t-shirty. Dzieci w szkole w podkolanówkach zimą? Normalny widok. Brak czapek, szalików czy rękawiczek, także nie jest niczym szczególnym. Angina i antybiotyk zaś nie jest powodem aby dziecko nie chodziło do szkoły. Wystarczy przekazać lek nauczycielowi, a według zapewnień, zostanie on podany.

„Ty wiesz, że ona codziennie gotuje obiad?”, takim pytaniem zaskoczyła kiedyś moją koleżankę sąsiadka mieszkająca ze mną przez ścianę.  Czy to rzeczywiście takie dziwne? Obiad codziennie? Jk widać coś co dla nas jest normalną sprawą, niektórych potrafi nieźle zaskoczyć.

Sąsiadka zaś, która codziennie rano wybiera się po gazetę i mleko w szlafroku i kapciach też nikogo nie dziwi. Normalny codzienny widok prawda? Dobra, przyznam się, że mi również zdarzały się rano spacery po mleko do sklepu w piżamie, ale ja wykazywałam się nieco mniejszą odwagą, gdyż szlafrok zastąpiłam kurtką a mój dół piżamy do złudzenia przypominał dres. I wiecie co? Spodobała mi się ta wolność, bo chociaż nie wyobrażam sobie aby takie sytuacje stały się dla mnie codziennością, to czasem życie dzięki temu staje się dużo łatwiejsze, bo kawa z rana być musi, ale już kawa bez mleka jest nie do przyjęcia.

Piżama, to mimo wszystko jeszcze wcale nie taki zaskakujący widok. Bikini na ulicy latem to już wyższa szkoła jazdy, ale w tym przypadku to już nie mam ochoty próbować ;). Zielone, fioletowe czy tęczowe włosy to też normalny widok. Wolność totalna- każdy ubiera się i wygląda jak chce i chociaż często mija się to z poczuciem estetyki, to nikt na nikogo nie zwraca uwagi.

Dziś już nie bywam taka zdziwiona. Przyzwyczaiłam się do tego wszystkiego i przestałam zwracać uwagę. Podoba mi się ta wolność, bo mieszkając tutaj nie muszę sie zastanawiać czy ta kurtka jest modna, czy nie. Podoba mi się? Dobrze się w niej czuję? Ubieram.

Dzieci w szkole w chłodne dni biegają pod szkołą w krótkich rękawach, co u mojej babci wywołało ogromny szok. Ja nie miałam już wyjścia i pogodziłam się z tym. Moja córka jest do tego przyzwyczajona i nie pamiętam już co to jest antybiotyk.

Wszystko widać może mieć swój sens. Mniejszy bądź większy, ale może mieć. Chciałam tu żyć więc musiałam wiele zaakceptować, ale to co według mnie jest kompletnie nie do zaakceptowania, omijam. W końcu to wolny kraj.

 

1 thought on “Anglia- kraj absurdów? Rzeczywistość moim okiem.

  1. faktycznie chodzenie w japonkach w zimno to jakaś paranoja. XD
    Natomiast obiad codziennie chyba jest dla nich lekkim szokiem. Oni nie przywiązują do tego uwagi, nie mają na to czasu lub po prostu jedzą na mieście 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *