Nieustająca walka, czyli będę szczupła.

Która z Nas kiedykolwiek nie próbowała zrzucić kilku zbędnych kilogramów? Założę się, że większość z Nas prawda? Wiem, że są kobiety, które jedzą co chcą, kiedy chcą i ile chcą a mimo tego zawsze są szczupłe. Są, ale ja do Nich niestety nie należę.  Nie mogę sobie pozwolić na wysoko kaloryczne posiłki, oraz na pory, w których posiłek najbardziej mi smakuje. Chcę ale nie mogę, robię a nie powinnam…

Nigdy w zasadzie nie należałam do super szczupłych. Miałam swoje lepsze i gorsze chwile. Kiedy zaczynałam czuć się źle sama ze sobą podejmowałam walkę. Zawsze zastanawiam się dlaczego ja tą walkę muszę nieustannie podejmować? Dlaczego nie mogę schudnąć raz i potem w trwać w takim stanie? Dlaczego?

Czasem ciężko się do tego przyznać ale kilogramy z powietrza się nie biorą. Kiedy nadejdzie pora i wiem, że teraz już może być tylko gorzej, budzę się i wiem, że od dziś walczę. stosuję dietę odpowiednio zbilansowaną, ćwiczę. Po pierwszych kilku dniach właściwe zachowania wchodzą mi już w nawyk. Jem cztery lub pięć posiłków dziennie o w miarę regularnych porach, ćwiczę i chociaż boli mnie całe ciało, czuję mięśnie, których istnienia wcale nie podejrzewałam, pot leje się strumieniami, ja czuję się dobrze. Mimo zakwasów czuję się odprężona. Jestem z siebie dumna. Co więc jest ze mną nie tak, że zawsze wracam do punktu wyjścia?

Nie wiem czy mój mózg jest jakoś specjalnie zaprogramowany, czy o co tu chodzi, ale ja zawsze budzę się w tym samym momencie, w którym waga pokazuje tą samą wartość. Obliczając swój indeks masy ciała z duszą na ramieniu oczekuję na wynik. Co pokaże? Matko, jak bardzo jest ze mną źle? Mam szczęście, bo zawsze kończy się to na nadwadze, no przyznam, że nie mam powodu do dumy, aczkolwiek zawsze nadwaga brzmi lepiej niż otyłość. To zasadzie zawsze jest ten moment, kiedy zdaję sobie sprawę, że trzeba wziąć się za siebie, bo BMI w końcu przestanie okazywać mi litość.

Biorę się więc do pracy. Pilnuję posiłków, jem mało ale często. Nie liczę specjalnie kalorii, pilnuję aby wszystko co jem było wartościowe ale lekkie. Ćwiczę. Posiadam sprzęt, który powinien mi wszystko ułatwić. Orbitrek, rower treningowy, skakanka, ciężarki, mata. Wszystko idzie dobrze. Dużo chodzę, bo biegać nie cierpię i nic mnie chyba do tego nie przekona. Uwielbiam za to jazdę na rolkach, rolki sprawiają mi satysfakcję. Po fali zakwasów nagle okazuje się, że moja kondycja zaczyna się poprawiać, i mimo, iż często dostaję w kość, mam coraz więcej energii. Jestem z siebie dumna! Zauważam także, że waga powoli leci w dół, są pierwsze  efekty, które dodatkowo mnie motywują. Nie pamiętam już jak smakują chipsy, słodkie napoje no i mój ukochany majonez. Tak, tak dokładnie-majonez-mój nałóg. Wpieram te wszystkie smakołyki z myśli, a w sklepie nawet na nie nie spojrzę. Może zmądrzałam?

Waga leci w dól. Nie jakoś szybciutko, ale w granicach normy, bo przecież mam zamiar zdrowo się odchudzać. Większość ubrań leży na mnie dużo lepiej a inne nie nadają się już wcale. Dlaczego? Bo okazują się zbyt luźne!!! Uwielbiam ten moment. Czuję, że niedługo wybiorę się na zakupy, bo mierzenie powoli przestaje napawać mnie strachem. Wszystko idzie w odpowiednim kierunku. Do zrzucenia pozostało już tylko kilka kilogramów. Jest dobrze.

Ale- no właśnie, zawsze musi być jakieś ale- zawsze pojawi się coś co mi przeszkodzi. Urlop, święta, czyli momenty kiedy pozwalam się na trochę więcej. Ok, niech będzie, bo najlepszym może się zdarzyć prawda? Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie to, że ja bardzo szybko wracam do głupich nawyków. Jeden dzień, drugi- następuje efekt domina,którego nie potrafię zatrzymać. Wszystko zaczyna wracać do poprzedniego, niechcianego stanu.

Nie mogę powiedzieć, że nie umiem schudnąć. Umiem, bo jeżeli stosuję się do założonych zasad, ja te kilogramy gubię. Problemem jest dla mnie utrzymanie tej właściwej wagi, bo lubię jeść. Ok, nie byłoby w tym jedzeniu nic strasznego, bo można jeść naprawdę smacznie i zdrowo, ale ja „muszę” zjeść chipsy, pizze czy jakieś inne paskudztwo. Czy ja jednak kiedyś zmądrzeję? Mamy listopad. Przy odrobinie chęci do lata mogę osiągnąć to co założyłam. Czyli co? Biorę się do pracy. Walczę i mam nadzieję, że tym razem już będę rozsądna. Kto jest ze mną?

Walczycie z kilogramami? A może jesteście tymi szczęściarami, które nie muszą? Zapraszam Was także do polubienia strony https://www.facebook.com/zpamietnikazolz/. Dopingujcie mnie !!!

 

4 thoughts on “Nieustająca walka, czyli będę szczupła.

  1. Trzymam za Ciebie kciuki! I tez wspolczuje – nigdy jeszcze na diecie nie byłam (chyba ze takiej wymuszonej – jak nie miałam czasu jeść po ciąży). Niby to jest super – nie powiem – moge jeść rożne pyszne rzeczy. Ale minus jest taki ze bardzo szybko chudnę jak jem mniej i wyglądam na zabiedzona.. Wszyscy pytaja co mi jest, czy chora czy zmeczona, a ja po prostu obiadu dwa razy nie zjadlam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *