„Bez zazdrości nie ma miłości”, czy zawsze?

Zazdrość (definicja Wikipedii)-uczucie pojawiające się w sytuacji frustracji, gdy znany jest obiekt zaspokajający potrzebę i osoba posiadająca ten obiekt. Uważana zazwyczaj za uczucie negatywne, choć w łagodnej formie może być np. bodźcem do pozytywnej konkurencji i realizacji własnych aspiracji.

Popularne powiedzenie, że „bez zazdrości nie ma miłości” , tak często powtarzane Nam przez nasze matki czy babki, wciąż jest aktualne? Pewnie jest, jeżeli mówimy o zazdrości, która nie zakrawa na szaleństwo. Troszkę odpowiednio dozowanych sygnałów zazdrości może dawać nam poczucie, że nie jesteśmy partnerowi obojętne, że zależy mu na nas, że kocha. Ale co w sytuacji kiedy zazdrość partnera przybiera nieco inny ton? Doświadczenie pokazało mi, że najczęściej prowadzi to tylko do jednego.

Jak w każdym związku miewaliśmy lepsze i gorsze chwile, to przecież normalne. Proza życia, wzloty i upadki, radości i smutki- naturalne. Jednak z czasem wszystko zaczęło przybierać zupełnie nieoczekiwany obrót, coś się psuło, coś nie grało, coś się zmieniło. Początkowo nie zdawałam sobie sprawy co się tak naprawdę dzieje. Ciągłe nieporozumienia i wzajemne pretensje stawały się  już coraz bardziej uciążliwe.

Z koleżankami nigdzie nie wychodź, tak się nie ubieraj, nie maluj się, nie układaj włosów, nie uśmiechaj się do nikogo, nie bądź miła. W tym momencie dotarło do mnie co się stało- zazdrość chorobliwa wręcz powoli rujnowała nas i nasz związek. W domu już nie było innych tematów do rozmowy. Wszystko sprowadzało sie do tego co robiłam, gdzie byłam i z kim rozmawiałam.

Każde wyjście z domu kończyło się nieustającym telefonami, lub wiadomościami, co nie pozwalało mi spokojnie chociażby wypić kawy z koleżanką. Nawet wyjście na zakupy do marketu, było idealnym powodem do ciągłych wymówek, że czemu tak długo, że kogoś spotkałam (i w dodatku pewnie mężczyznę), gdzie tak naprawdę byłam i co robiłam.

Na samym początku nic sobie z tego nie robiłam, bo niby czemu? Ja nie czułam się niczemu winna, bo nie robiłam nic złego. Z czasem odniosłam wrażenie, że On zwyczajnie, na siłę szuka powodu aby zrobić „scenę”. Praca także stała się kością niezgody, bo szef był mężczyzna. Nawet to, że kompletnie nie był zainteresowany płcią przeciwną (orientacja seksualna szefa dla nikogo nie była tajemnicą) nie pomagało. Miałam powoli dość. Nie dawałam się, rozmawiałam, tłumaczyłam ale nie pomagało, bo przecież ja i tak pewnego dnia odejdę do innego- tak mówił. Postanowiłam, że będę żyła normalnie, a On z czasem zrozumie swój błąd, że może kiedyś wysłucha co mam do powiedzenia. Nie wysłuchał. Nie chciał. Wygodniej było deptać mnie. Czasem zastanawiam się czy to naprawdę dawało mu satysfakcję? A może zwyczajnie poprawiało mu samopoczucie, leczyło Jego własne kompleksy?

Zawsze uważałam się za osobę silną, którą nie tak łatwo zmanipulować, ale w pewnym momencie przestałam walczyć, poddałam się. Udawałam, że te wszystkie głupie docinki nie robią na mnie wrażenia, ale w środku czułam ogromny ból. Dlaczego? Nie chciałam pogodzić się z niesprawiedliwością, która mnie dotknęła. Walka o ten związek zdawała się nie mieć już sensu, ale nie umiałam, nie byłam w stanie zrobić nic. Straciłam wiarę w siebie, siłę, z której zawsze byłam dumna.

Tymczasem było tylko gorzej. Pretensje i docinki to był już stały element naszego życia. „Po co Ci profil społecznościowy? Z kim tam rozmawiasz?”- to była norma. Zaczęło się codzienne sprawdzanie ilu mam już znajomych, kto lubi moje zdjęcia, czyje zdjęcia lubię ja. „Wczoraj miałaś tylu znajomych a dziś masz o trzech więcej. Dlaczego?”. Czy odpowiadałam na te idiotyczne pytania czy nie, zawsze było to samo-setki, tysiące wymówek.

Makijaż, ubranie czy fryzura także stały się powodem do narzekania. Zawsze było coś nie tak, a muszę przyznać, że do kobiet wyzywających nie należałam nigdy. Zwyczajnie chciałam wyglądać dobrze, ładnie i schludnie jak chyba każda z nas. Nie miałam zamiłowania do dużych dekoltów czy krótkich spódniczek. Nie. „Do fryzjera idziesz? A po co?”, „Po co robisz makijaż? Dla kogo?”- to wszystko stało się już nie do wytrzymania. Chęć ciągłej kontroli spowodowała, że straciłam już dla Niego resztki szacunku. Zrozumiałam, że za chwilę stracę szacunek także dla siebie, s do tego już nie miałam zamiaru dopuścić. Byłam zła na siebie, że na chwilę pozwoliłam się stłamsić, ale już wiedziałam, że koniec z tym! Ja na to nie zasłużyłam!

Stopniowo odzyskałam wiarę w siebie. Stawałam na nogi. Uciekłam. Tak, zwyczajnie uciekłam i szczerze przyznam, że odczułam ogromną ulgę. Wiedziałam, że od teraz chcę żyć inaczej, że nikt nie zasługuje na takie traktowanie. On zawsze powtarzał, że ja Go zostawię, że odejdę…. Spełniłam Jego życzenie, zrobiłam to czego tak naprawdę zawsze ode mnie oczekiwał. Nie żałuję.

Wniosek nasuwa się sam. Odrobina zazdrości podnosi temperaturę w związku, ale kiedy granica zostanie przekroczona- może się skończyć źle.

W moim przypadku związek nie miał szansy przetrwać. Zabrakło współpracy i zrozumienia. Chorobliwa zazdrość zupełnie zdominowała nasze życie. Zbyt daleko to wszystko zaszło.

Czy miałyście podobne doświadczenia? Może znacie inne przypadki? Zapraszam do podzielenia się nimi w komentarzach pod wpisem, lub to polubienia i komentowania na fanpage’u Z pamiętnika Zołzy na facebook’u.

2 thoughts on “„Bez zazdrości nie ma miłości”, czy zawsze?

  1. „Bo przecież ja i tak pewnego dnia odejdę do innego” – skąd ja to znam. Miesiące zapewnień nie dadzą rady przekonać, że jakbym chciała być z innym, to bym była… A kiedy w końcu zmęczona niemiłymi tekstami odejdę, to tylko potwierdzę jego obawy, które miał od początku i wiedział, żeby mi nie ufać! O tyle to bolesne, że przecież chciałoby się rzeczywiście być właśnie z Nim. Być piękną i szczęśliwą dla siebie i dla Niego. I zobaczyć w jego oczach zaufanie. Ale jak czytam, co piszesz, to myślę: o rany… no nie da się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *