Czas stanąć na nogi, czyli etap ogarnięcia.

Początki zawsze są ciężkie. Nowy świat i nowe realia. Wszystko inne, obce a ja wiecznie zdziwiona. Po pierwszych zawirowaniach przyszedł czas na stabilizację. Praca była, czyli połowa sukcesu, ale jak to zwykle bywa, nie mogło być spokojnie. Ja byłam szczęśliwa bo wreszcie poczułam, że żyję. Córka już ze mną więc czego chcieć więcej? Zaczęło się…

Miliony spraw do załatwienia wciąż się mnożyły. Szkoła i organizacja okazały się najtrudniejsze, bo nagle okazało się, że jesteśmy tu same. Zabrakło babci, dziadka, cioci czy wujka, na których w Polsce zawsze można było liczyć. Tutaj już takich luksusów nie było.Praca, zaprowadzenie do szkoły, odebranie po lekcjach- odtąd wszystko tylko ja. Chwilami było ciężko to wszystko pogodzić. Kraj, wciąż obcy, w którym wszystko jest jakby na opak, nieustannie mnie zaskakiwał, ale ja byłam silna, wiedziałam, że muszę, chcę, że dam radę. Dałam, bo jak to w życiu bywa, wyjście zawsze się znajdzie.

Nauczyłam się tu poruszać, Dowiadywałam się gdzie, co i jak mam załatwić. Okazało się, że nie taki diabeł straszny. Nauczyłam się aby pytać, korzystać z oferowanej pomocy, aby nie bać się bariery językowej. Zachwycona byłam tolerancją i otwartością tubylców. Jakiż szok przeżyłam kiedy okazało się że tutaj nikt nie narzeka stojąc w kolejce w sklepie czy u lekarza, ludzie wzajemnie się do siebie uśmiechają, są mili i sympatyczni. Pani za sklepową kasą nigdy nie jest obrażona, a Pani w jakimkolwiek urzędzie zawsze chętnie służy pomocą. Inny świat.

Zachłysnęłam się tutejszym luźnym podejściem do życia. Tutaj nikt nie martwił się bez wyraźnego powodu i to było czuć w powietrzu. Luz totalny. Tak, zachłysnęłam się i chciałam też w końcu wyluzować. Pracowałam, córka powoli przyzwyczajała się do zmian. Odczułam ulgę. Obiecałam sobie, że już nigdy nie powrócę do życia w wiecznym stresie i zamartwianiu się. Tutaj zrozumiałam, że nie ma problemów nie do rozwiązania, że pozytywne myślenie potrafi zdziałać cuda. Nie zrozumcie mnie źle. Wyluzowałam, ale to nie znaczy, że wszystko traktowałam luźno. Nie. Nauczyłam się, że stan permanentnego umartwienia w niczym nie pomaga, jedynie wszystko utrudnia.

Dziś po czasie jestem zdziwiona wracając do kraju, gdzie mentalność rodaków uderza mnie w twarz już po przekroczeniu granicy. Wiem, brzmi to okrutnie, ale przyzwyczaiłam się już do czegoś zupełnie innego. Obecnie przeżywam szok, kiedy to udaję się do urzędu czy innej instytucji i spotykam się z brakiem uprzejmości ze strony osób tam pracujących. To przykre. Przyjmuję cios bo cóż mogę zrobić? Świata przecież nie zmienię.

2 thoughts on “Czas stanąć na nogi, czyli etap ogarnięcia.

  1. Mam calliem podobne odczucie mieszkajac w szwecji i odwiedzalac Polske. Czasem mam poprostu mysli ze ja nie pasowalam do polskiego trybu zycia i mimo tego ze jestem w obcym kraju czuje sie lepiej niz w ojczystym. Czasem to przykre ale coz trzeba zyc dalej 🙂
    Pozdrawiamy z zimnej szwecji 🙂

    1. Wiesz, wstyd się przyznać ale ja w Polsce też nie czuję się już u siebie. Często powodują to także znajomi, którzy patrzą na Ciebie już inaczej i nie chcą zrozumieć, że wciąż jesteś tą samą osobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *